Życie w odcinkach: o tym, że nie trzeba mieć jednej wersji siebie.
- Aleksandra Kłos
- 29 lip 2025
- 5 minut(y) czytania
To nie kryzys tożsamości. To życie. Zmienne, pełne zwrotów, nieoczywiste. I właśnie takie może być spójne – jeśli przestaniemy wymagać od siebie stałości.
Trzy lata temu przyjechaliśmy do Londynu na tydzień, by odwiedzić mojego kuzyna, zobaczyć po latach miejsca, które towarzyszyły mi w dzieciństwie, oraz pobawić się w turystów i pochodzić po muzeach i parkach. Pierwsze dwie doby były dla mnie emocjonalnym rollercoasterem, bo dochodziło do mnie, jak wiele w życiu mnie omija, mieszkając w Polsce – w średnio dużym mieście, które niewiele ma do zaoferowania oprócz drogich mieszkań, przeciętnych plaż i umierającej legendy miejsca, gdzie spełniają się marzenia (czyt. Gdynia).
Płakałam podczas jakiegoś koncertu muzyki elektronicznej, z piwem za osiem funtów w dłoni, bo w sercu zamieszkał na chwilę żal i poczucie zmarnowanego czasu w późnych latach dwudziestych mojego życia. Chodziłam ulicami tętniącymi życiem i chłonęłam obrazki, które pod wpływem wyobraźni tworzyły całe scenariusze. Na podstawie zwykłej sceny w kawiarni, gdzie dwójka młodych ludzi piła kawę, widziałam ich mieszkanie w starej kamienicy z wielkimi oknami i wysokim sufitem, pracę w centrum Londynu, która była dobrze płatna, interesująca i rozwojowa, w ich telefonach zapisane ultra ciekawe podcasty, w torbach w połowie przeczytane (w metrze!) najnowsze powieści topowych pisarzy, a wieczorem planowali trening biegowy w pobliskim parku lub kulturalne spotkanie w galerii sztuki, bo ich przyjaciel organizował wernisaż. A to był zwykły wtorek.
Chciałam się tym nasycić, zainspirować, wziąć coś z tego dla siebie, by móc to odtworzyć po powrocie do domu, ale im głębiej wchodziłam w te scenariusze, tym bardziej zanurzałam się w morzu smutku – bo byłam zwykłą nauczycielką, która mieszka na obrzeżach, w wynajmowanym mieszkaniu, bez większych perspektyw i planów, które mogłyby zmienić moją rzeczywistość. Oczywistym krokiem było fantazjowanie o ponownym zamieszkaniu w Londynie, chociaż po roku mieszkania w Amsterdamie już jako dorosła kobieta wiedziałam, że nie umiem się odnaleźć z plakietką emigrantki i nigdy nie czułam się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa – bardziej podglądaczem.
Wystarczył tydzień od powrotu do domu, by otrzeźwieć i wejść na nowo w rutynę, by uspokoić głowę i poczuć względne zadowolenie z tego, co mam. To w żaden sposób nie powstrzymało mnie przed dalszymi podróżami, bo nic nie daje nowej perspektywy na swoją codzienną rzeczywistość jak osadzenie się na chwilę w innym życiu. I tak jak we Florencji cudownie było zaczynać dzień od cappuccino za dwa euro u lokalnego Włocha i kończyć go aperolem w barowym ogródku w środku zimy, tak byłam również świadoma, że moja codzienność w Polsce tak nie może i nigdy nie będzie wyglądać. Wtedy, jako dwudziestoparoletnia Ola, potrafiłam zachłysnąć się tym, co oferują inne światy, i z trudem wracałam do swojego życia. Chciałam tego samego. Zrobiłabym wtedy wiele, by mieć to samo. Brakowało mi tylko odwagi.
Trzy lata później wróciłam do Londynu. Tym razem pchając wózek z półtorarocznym bobasem. Moja codzienność zmieniła się od ostatniej wizyty, a wraz z nią moje priorytety w przyglądaniu się światu. Tym razem moja uwaga wędrowała w inne miejsca niż piękni ludzie w kawiarniach, wysokie obcasy stukające w stronę modnych miejsc czy oferta kulturalna po godzinie dwudziestej pierwszej.
Patrzyłam na parki, gdzie dzieci w samych pieluchach taplały się w upalne popołudnie. Te parki! Wszędzie parki z placami zabaw, ogromnym miejscem na zabawę w cieniu i ludzie – grupki rodzin na piknikach, grający w piłkę, czytający wspólnie książki i bawiący się z psami. A to był zwykły wtorek! Ale widziałam też stacje metra bez windy, słaby dostęp do dobrej jakości jedzenia w zwykłych, lokalnych sklepach i hałas – z każdej strony hałas. A do tego tłumy w miejscach, w które chciałoby się zabrać malucha, ale taki sam plan miały szkoły i ogromne grupy turystów. Po mojej fascynacji z poprzedniego wyjazdu nie było ani śladu, a zazdrość o te wszystkie parki i muzea minęła, gdy przyszedł paskudnie upalny dzień, nie zmieściłam się w metrze z wózkiem i przepychałam się między ludźmi, by zobaczyć zmechanizowanego dinozaura – którego bobas i tak się przestraszył i nie chciał oglądać.
Przecież trzy lata temu oddałabym wszystko za możliwość relokacji tutaj!
I dzisiaj naszła mnie taka myśl – w zaledwie trzy lata zmienił się mój cały system wartości, a wraz z nim potrzeby i pragnienia. Zatem… nie wiedząc, czego będę chciała za kolejne trzy lata, jak mam budować swoje życie, skoro do tego czasu może wcale nie będę tego chciała? Skąd mam wiedzieć, że to, co robię dziś, za trzy lata będzie miało znaczenie i pozwoli mi realizować plany? I ja wiem, że nigdy nie będę tego wiedzieć, ale przecież trzeba działać, coś tworzyć, iść ku czemuś!
W ramach wewnętrznej dyskusji poruszyłam wątek, który kiedyś był dla mnie ogromnym kompleksem – ja ciągle wszystko zmieniam: pracę, miejsce zamieszkania, zainteresowania, upodobania w smakach, poglądy i marzenia. Stała jestem jedynie w miłości i lękach.
Gdybym wzięła po jednej osobie z każdego roku mojego życia, od piętnastego do trzydziestego, i zapytała: „Co wiesz o Oli?”, to odpowiedzi byłyby tak skrajne, tak różne, że można mnie posądzić o rozszczepienie osobowości lub megalomanię – bo jeden powie, że Ola chce być pilotem i jest w Liceum Lotniczym, inny, że architektem i aplikuje na uczelnie w UK, uczy dzieciaki pływać na windsurfingu i prowadzi półkolonie, kolejny, że chce mieszkać w Holandii i uczy się holenderskiego, tworzy vlogi, potem, że jest nauczycielką, że pisze felietony i wydaje książki, a ostatni, że pomaga ludziom znaleźć nową pracę. Każdy z nich powiedziałby o mnie prawdę.
Moje kompleksy wynikały z tego, że nie mogłam nigdy powiedzieć o sobie czegoś konkretnego, bez wnikania w przeszłość i opowiadania swojej turbulentnej ścieżki zawodowej. Pewnego dnia musiałam skonfrontować się z faktem, że ja nigdy nie będę miała swojej ostatecznej formy i żadna plakietka nie zostanie ze mną do końca życia (oprócz plakietki mamy, bo nią będę już zawsze, czy mi się to podoba, czy nie). I wraz z tym dniem przyszła akceptacja na to, co mi przyniesie los, a wraz z nią wiara, że cokolwiek mnie nie spotka, będzie tym, czego potrzebuję najbardziej.
Zatem jak żyć, gdy świat potrafi przynieść tak wiele zmian w tak krótkim czasie? Nie wiem. Ale zaczerpnę trochę inspiracji z ekonomii, która – choć jestem humanistką – przewija się przez moje życie od dziecka: mama ekonomistka, partner ekonomista, koło naukowe o profilu biznesowym, a dziś sama uczę się prowadzić firmę.
Popyt i podaż.
Zaczęłam patrzeć na siebie jak na klienta, który ma potrzeby, a moim zadaniem jest je zaspokajać – najlepiej, jak potrafię. Pojawia się potrzeba? Szukam okazji, testuję, sprawdzam, czy mi to odpowiada, wyciągam z tego coś dla siebie i przyglądam się, czy ta sytuacja nie wygenerowała nowej potrzeby. I tak pewnie będzie do końca moich dni.
Jeśli dziś nie mogę mieć wielkiego domu z basenem – to wezmę siebie na basen miejski, skoro tak bardzo chce mi się pływać. Baby steps.
Przestałam patrzeć na swoje życie zawodowe jak na cel sam w sobie. To już nie totem, nie ostateczna definicja. To środek do celu.
A skąd wiem, jaki mam cel?
Zadaję sobie to pytanie codziennie i bywa, że się z sobą kłócę. Ale ostatecznie odpowiedź brzmi: być jak najwięcej z moją rodziną, jednocześnie zachowując dla siebie przestrzeń na kolejny sposób zarabiania pieniędzy – po to, by znów móc być z moją rodziną.
To jest cel.
To już nie kapucziny w kawiarniach, nie aperole po pracy, nie wysokie okna w starej kamienicy i zaproszenia na modne wydarzenia kulturalne.
Nie wiem, czy Ty też tak masz, ale czasem jedyne co mnie trzyma, to świadomość, że dziś wiem po co – nawet jeśli jutro zapomnę.



Tak bardzo to ze mną rezonuje, że aż mnie serduszko kłuje.