Byłam kim mnie wychowano, teraz sprawdzam, kim jestem.
- Aleksandra Kłos
- 9 gru 2025
- 5 minut(y) czytania
O odklejaniu od siebie cudzych wersji mnie.
Miałam z bobasem na spacerze taką wymianę zdań:
- Chcesz pokopać piłkę?
- Nie-e
- Chcesz pojeździć na motorku?
- Nie-e
- A chcesz pochodzić sobie?
- Nie-e
- Chcesz zostać w wózku?
- Taaaa
Był to mroźny poranek, taki, że gdy było się w podstawówce, to się udawało, że się pali papierosy, bo oddech odznaczał się w powietrzu. Czyli piździawa, po prostu. Bobas nie chciał korzystać z uroków tego dnia, bo jemu było zimno w ręce, a rękawiczek nie założy nawet, gdy palce zaczynają przypominać malinowe lody Lulki. I obserwuję takie zachowania, bo to nie jest pierwszy raz, gdy bobas uznaje, że on już nie chce być na dworzu, że on chce na chatę, chociaż i ciepło ubrany i spacer raczej z tych krótkich. A obserwuję je z bacznością, bo ja bym chciała, wiecie, takiego outdoorowego świra mieć za dziecko, który by nie ważne co, gnał na dwór na przygody. Ubieram go i od małego staram się warunkować tak, by nic mu nie stało na przeszkodzie, by taką wersję siebie odkrywać i rozwijać. Zwłaszcza, że to zimowy bobas, więc by człowiek myślał, że mu zimno nie straszne.
- Mały nie chce nosić rękawiczek, nawet jak łapska mu odpadają z zimna to nie założy. Nie wiem jak my zimę przetrwamy, przecież nie będzie mi dzieciak na chacie siedzieć do wiosny.
- Ja też nie lubię rękawiczek i zimą mnie nigdzie nie zagonisz, sama z siebie w życiu bym nie wyszła z domu. Nie lubię zimna i nie mam przyjemności z bycia na zimnie.
Te słowa padły z ust jego babci, mojej mamy. Genetyczne predyspozycje do bycia outdoorowym świrem zmalały.
Wtedy dotarła do mnie jedna rzecz, której nigdy nie brałam pod uwagę.
Ja nie wiem czy ja też przypadkiem nie lubię zimy. I zimna. I czy bycie na dworzu zimą mi sprawia radość.
Nigdy sobie tych pytań nie zadałam, bo byłam przyzwyczajona do konkretnego trybu życia - zimą rodzice wysyłali mnie na narty czy deskę, w dorosłym życiu jeździłam w góry na wielodniowe piesze wycieczki w śnieżycach, było morsowanie, a potem pływanie długodystansowe w zimnych wodach, uczyłam jeździć na snowboardzie dzieciaki na obozach - a to wszystko wiązało się z wielogodzinnym pobytem na zimnie.
Gdy przyszło mi z tego wszystkiego zrezygnować (dobrowolnie, zaznaczę!) na rzecz macierzyństwa, nie odczułam wielkiej tęsknoty. Nie mówiłam „och jak tylko bobas podrośnie, to zrobię xyz” albo nie wyrywałam się, by taką okazję stworzyć sobie samej, bez dziecka. Czułam się dobrze w domu lub wymyślając mu atrakcje pod dachem. I było mi z tym jednak… źle. Źle, że mi się to podoba.
Otaczając się treściami mocno outdoorowo-parentingowymi chłonęłam to, co mogłabym mieć i u siebie. Wycieczki górskie. Termosy z herbatą i ciepłą szarlotką. Bałwany i spacery w deszczu. A mój bobas nawet herbaty nie lubi, tylko zimną wodę, śniegu nie chce dotykać, a deszcz pada na nos, a to już zbrodnia. I wiecie co? Ja go za to szanuję - za tą umiejętność powiedzenia: nie, ja tego nie chcę, to nie jest dla mnie fajna zabawa. Bo ja zaś w mojej głowie czuję pewny… wstyd, że mogłabym jednak nie być (już? A może nigdy nie byłam?) tym typem przygodziary za jaką się zawsze uważałam. Że może weszłam w nowy etap eksploracji świata, która nie wymaga dążenia do ekstremum - niskie temperatury, długie dystanse, wysokie tętno, starta skóra, odmrożenia, dysocjacje ze zmęczenia, podkręcanie adrenaliny, stawianie się w niebezpieczeństwie. Że może teraz dążę do… optymalnych warunków?
Rozkminiam nader często zagadnienie „nature vs nurture” (geny vs. wychowanie) i obecnie jest we mnie silne przekonanie, że wiele z moich koronnych cech jest efektem wychowania. Weźmy za przykład „otwartość na świat” - zawsze otaczałam się ludźmi i wchodziłam z nimi w interakcje, lecz wiązało się to z ogromnym ładunkiem energetycznym, silnym zmęczeniem po spotkaniu i stresem przed. Gdy ograniczyłam się do pojedynczych osób lub zaczęłam spędzać czas nie jako lider grupy, a jej część, zobaczyłam siebie w innym, bardziej naturalnym dla mnie świetle. Czułam, że z tych interakcji czerpię korzyści, bez uczucia zmęczenia po.
Bez wyuczonych umiejętności społecznych nie zdobyłabym wielu sukcesów, doświadczeń i możliwości, ale też z drugiej strony wiem, że brak akceptacji na zachowania bardziej introwertyczne przyczyniły się do ucieczek, rezygnacji i palenia mostów. Zatem w przypadku mojego wychowywania dzieci nie potrafię jeszcze określić gdzie jest ten złoty środek między pielęgnowaniem predyspozycji genetycznych, a kształtowaniem człowieka zgodnie z tym, jak funkcjonuje jego środowisko lub środowisko, w którym przyjdzie mu funkcjonować. Sama wychowałam się w trybie “sport-język-instrument” i z tej trójki odpadło i nie siadło jedynie pianino, do którego coraz bardziej myślę, by wrócić.
Gdybym miała powiedzieć jakie słowa świdrują mi w głowie od wakacji, gdy usunęłam się na parę miesięcy z internetu to „komfort nie jest zły”. I od razu czuję potrzebę wyjaśniania, że tu nie chodzi o lenistwo, o stagnację, ale… może trochę tak? Chodzi o to, że w ciągłej pracy nad poszerzaniem strefy komfortu zapomniałam o tym, by w tym komforcie pobyć, otulić się nim i wyregulować się w nim. Dać ciału znać, że mogę w na jakiś czas nie stać nad przepaścią, tylko rozłożyć koc na odległej polanie, gdzie nic się nie stanie i zapleść wianek. Że to nie oznacza, że coś mnie ominie, że stracę czas.
Reakcja mojego dziecka na obniżające się temperatury zmusiła mnie do refleksji nad moim komfortem, nad tym co ja lubię robić i chcę pielęgnować. Czy rozwój zawsze wiąże się z utratą komfortu i czy gdy czuje się to potworne zniechęcenie, to powinniśmy cisnąć mocniej czy dać sobie przestrzeń na odpoczynek lub poddanie się? W którym miejscu zaczyna się robić niebezpiecznie, gdy zajawa zaczyna być uciążliwa? Bo jeszcze nie potrafię z pewnością siebie tego powiedzieć, ale ufam, że jedynie odpuszczając poprzednie wersje siebie dojdę do jakiejś odpowiedzi. Gdy czerpię inspirację z tego, co kiedyś lubiłam robić, staram się to odtworzyć w takich warunkach jak wtedy, a takich warunków już nie ma i nie będzie.
Uczyłam się gry na pianinie w sposób, który nie współgrał z moim mózgiem zainfekowanym ADHD, odziedziczonym i przez lata pieczołowicie pielęgnowanym, przez co nigdy nie nauczyłam się grać. Trenowałam pływanie, które było monotonne i paskudnie nudne, a nauka języków zaczęła mieć sens dopiero wtedy, gdy wróciłam po roku z Londynu jako dziecko, gdzie mocne podstawy języka i akcent wgrały mi się do mózgu przez noc i mogłam na bazie tego czerpać więcej od świata, jednocześnie rozwijając język.
Zatem nie wiem sama jak mam się za to zabrać w tym moim dzieckiem. Nie potrafię dostrzec środka pomiędzy “szanuję twoje potrzeby i zainteresowania”, a “robienie tego przyniesie kiedyś wiele korzyści”. Jedyne, na co potrafię teraz postawić wszystkie moje pieniądze to “rób, jak ja robię, a nie jak ci mówię”. W tej metodzie widzę światełko w tunelu tego dylematu. Ale aby urzeczywistnić te słowa, muszę robić rzeczy, które przynoszą mi autentyczną radość, bo wtedy mam większą szansę, że dziecko za mną podąży. Bo gdy spojrzę na umiejętności, które “wyssałam z mlekiem matki”, to posiadłam je mimochodem, a używam do dziś (patrz: prace plastyczne i rozwiązywanie zagadek po mamie, znajomość tekstów każdej piosenki i dryg do nauczania po tacie). Te z pozoru błahe skille są podstawą mojej całej kariery zawodowej i od lat zarabiam na tym pieniądze.
A może odpowiedź nie jest w tym, jak wychować dziecko, tylko w tym, jak być kobietą, która żyje w zgodzie ze sobą — i pozwala swojemu dziecku zrobić to samo.



Komentarze